Czy media głównego nurtu są jeszcze wolne? A może już tylko pilnują, by prawda nie przebiła się do opinii publicznej
Polskie media głównego nurtu lubią przedstawiać się jako bastion demokracji, wolności słowa i kontroli nad władzą. W teorii mają patrzeć politykom, służbom i wielkim spółkom na ręce. W praktyce coraz częściej wyglądają jednak nie jak strażnicy prawdy, lecz jak zarządcy bezpiecznej narracji, którzy doskonale wiedzą, które tematy wolno nagłaśniać, a które należy przemilczeć, rozmyć albo sprowadzić do kilku niegroźnych zdań. Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że mainstream nie boi się kłamstwa tak bardzo, jak boi się prawdy, która mogłaby uderzyć w ludzi naprawdę wpływowych.
Rozmowa Jana Pińskiego z Krzysztofem Kluzkiem jest pod tym względem materiałem wyjątkowo mocnym. Nie dlatego, że daje gotowy akt oskarżenia, ale dlatego, że odsłania pewien mechanizm podejrzeń, zależności i medialnego milczenia, który dla wielu odbiorców od dawna jest aż nazbyt znajomy. Padają tam oskarżenia o blokowanie niewygodnych materiałów, o uwikłanie części dziennikarzy, o wpływ służb, o kompromaty, o operacyjne rozgrywanie redakcji i o system, w którym najważniejsze sprawy po prostu nie przebijają się do opinii publicznej. A jeśli już się przebijają, to w postaci tak osłabionej, żeby nikomu naprawdę nie zagrozić.
Najbardziej uderza właśnie ten obraz: materiały są nagrywane, tropy istnieją, nazwiska padają, informacje krążą, ale końcowego efektu nie ma. Według rozmówców nie chodzi już o zwykłe zaniedbanie czy brak czasu, lecz o selektywną odwagę mediów. Tę samą odwagę, która każe walić w jednych z pełną mocą, a wobec innych nagle staje się dziwnie ostrożna, powściągliwa, „wyważona” i „odpowiedzialna”. To właśnie w takich momentach warto zadać pytanie, czy mamy jeszcze do czynienia z wolnymi mediami, czy już tylko z mediami uwikłanymi w system zależności, które pełnią funkcję dekoracyjnej kontroli, ale nie realnego nadzoru.
W rozmowie padają nazwiska dziennikarzy i ludzi mediów, które same w sobie pokazują skalę problemu. Wspomniani zostają między innymi Szymon Jadczak, Wojciech Czuchnowski, Jacek Dobrzyński, Mariusz Gierszewski, a także Piotr Nisztor. Pojawia się też odniesienie do środowiska TVN i zarzut, że kiedyś było tam więcej ludzi gotowych iść za tematem naprawdę daleko, podczas gdy dziś część takich spraw ma kończyć się na nagranych, ale nieopublikowanych materiałach. To oskarżenie wyjątkowo ciężkie, bo dotyczy nie pojedynczej redakcyjnej pomyłki, lecz samego kręgosłupa współczesnego dziennikarstwa.
Jeżeli bowiem prawdą jest choć część tej diagnozy, to problemem nie jest tylko to, że media czasem czegoś nie dopilnują. Problemem jest systemowe wygaszanie tematów, które mogłyby naruszyć interesy zbyt wielu wpływowych ludzi naraz. W takim układzie redakcja nie jest już miejscem poszukiwania prawdy, lecz punktem filtracji informacji. Jedne afery są pompowane tygodniami, bo politycznie pasują. Inne są ledwie muskane, bo mogłyby uruchomić lawinę niewygodnych pytań. Jeszcze inne nie istnieją wcale — nie dlatego, że są nieistotne, lecz dlatego, że są zbyt niebezpieczne dla układu.
To właśnie dlatego tak ważne jest odróżnienie wolności formalnej od wolności realnej. Media mogą działać bez państwowego cenzora, nikt nie musi zamykać redakcji ani konfiskować komputerów, żeby w praktyce zabić niezależne dziennikarstwo. Wystarczy stworzyć klimat, w którym redakcja sama wie, że lepiej nie ruszać pewnych ludzi, lepiej nie publikować pewnych materiałów, lepiej nie drążyć, lepiej nie ryzykować. Taka autocenzura jest dziś znacznie skuteczniejsza niż cenzura urzędowa, bo działa po cichu, bez formalnych zakazów i bez pozostawiania widocznych śladów.
W rozmowie Pińskiego i Kluzka wybrzmiewa też temat szczególnie niepokojący: relacja mediów ze służbami. To od dawna jeden z najbardziej drażliwych punktów życia publicznego. Dziennikarz potrzebuje informacji. Służby potrzebują wpływu na obieg informacji. Sama obecność kontaktów między jednymi a drugimi nie jest jeszcze niczym nadzwyczajnym. Ale wszystko zmienia się wtedy, gdy kontakt przeradza się w zależność, a zależność w narzędzie sterowania przekazem. Od tego momentu dziennikarz przestaje być obserwatorem, a zaczyna być pionkiem w grze, której scenariusz piszą inni.
Jeśli do tego dołożyć sugestie o kompromatach, hakach, nagraniach, operacjach służb i strachu przed ujawnieniem niewygodnych faktów z życia prywatnego czy zawodowego, obraz robi się jeszcze bardziej mroczny. Bo wtedy media nie są już tylko ostrożne. Wtedy mogą być po prostu spacyfikowane. Nie czołgiem i nie dekretem, lecz przez strach, szantaż, kompromitację albo przez zwykłe uświadomienie ludziom z branży, że jeśli za bardzo wychylą głowę, ktoś wyciągnie na nich brudy albo zniszczy ich zawodowo. Tak właśnie umiera prawdziwa wolność słowa — nie w huku, lecz w tchórzliwej ciszy.
W tym sensie najgorsze nie jest nawet to, że media czegoś nie publikują. Najgorsze jest to, że coraz częściej publikują tylko tyle, ile wolno im opublikować bez naruszenia układu wpływów. To już nie jest dziennikarstwo śledcze. To jest dawkowanie prawdy. Tyle, żeby odbiorca miał wrażenie, że temat został poruszony. Za mało, żeby naprawdę zrozumiał skalę mechanizmu. Za mało, żeby ktokolwiek poważny poczuł realne zagrożenie. Za mało, żeby ruszyć państwo z miejsca.
W rozmowie pada też gorzkie porównanie do dawnych czasów, gdy — jak twierdzi Krzysztof Kluzek — można było znaleźć dziennikarzy, którzy mieli jeszcze „jaja”, czyli gotowość do samodzielnego dochodzenia, sprawdzania tropów i brania na siebie ryzyka publikacji. Dziś taki język może brzmieć brutalnie, ale dobrze oddaje sens problemu. Bo współczesny mainstream coraz częściej nie cierpi na brak zasobów, tylko na brak charakteru. Duże redakcje mają ludzi, sprzęt, zaplecze prawne, zasięgi i rozpoznawalność. A mimo to bardzo często to nie one publikują rzeczy najważniejsze, tylko robią to media niszowe, kanały internetowe, niezależni autorzy i outsiderzy, których łatwiej potem ośmieszyć, zakrzyczeć albo obrzucić etykietami.
To zresztą też pojawia się w tej rozmowie: etykietowanie, ośmieszanie, przypisywanie komuś szaleństwa, histerii, obsesji czy niewiarygodności. To klasyczny mechanizm obronny systemu. Jeśli nie da się szybko zbić treści, atakuje się człowieka. Jeśli nie da się od razu obalić zarzutów, podważa się psychikę, intencje, styl, ton, środowisko, motywacje. To nie jest uczciwa debata. To jest technika neutralizowania niewygodnych osób. Media, które uczestniczą w takim procesie, same stają się częścią polityczno-służbowego spektaklu, a nie narzędziem obywatelskiej kontroli.
Warto też zauważyć, że cały ten problem nie dotyczy wyłącznie jednego środowiska politycznego. I właśnie to jest dla mainstreamu najbardziej kompromitujące. Bo jeżeli media byłyby naprawdę wolne, to z równą energią rozrywałyby na części każdą władzę, każde służby, każdy układ i każdą grupę wpływu, bez względu na to, czy chodzi o PiS, Platformę, ludzi dawnych służb, prokuraturę, spółki skarbu państwa czy lokalne układy samorządowe. Tymczasem coraz częściej widać, że ostrość krytyki jest reglamentowana, a stopień zainteresowania aferą zależy od tego, komu ona szkodzi i kogo może przy okazji ochronić.
To prowadzi do wniosku najgorszego z możliwych: że mainstreamowe media nie tyle walczą o prawdę, ile zarządzają granicami dopuszczalnej prawdy. Nie są po to, by wszystko ujawnić, lecz by decydować, ile społeczeństwo może wiedzieć w danym momencie. To już nie jest misja. To jest funkcja systemowa. A jeśli tak jest, to mówienie o „wolnych mediach” zaczyna przypominać pusty rytuał powtarzany przez ludzi, którzy sami dawno przestali wierzyć w jego sens.
Oczywiście, trzeba zachować elementarną uczciwość: rozmowa Pińskiego i Kluzka zawiera wiele bardzo poważnych oskarżeń, których nie można automatycznie traktować jako sądownie rozstrzygniętych faktów. Ale uczciwość działa w obie strony. Nie wolno wszystkiego bezkrytycznie przyjmować, ale nie wolno też udawać, że nic się nie dzieje tylko dlatego, że zarzuty są niewygodne. Gdyby media naprawdę działały tak, jak same o sobie mówią, potraktowałyby takie wypowiedzi jako punkt wyjścia do śledztwa, a nie jako pretekst do odwrócenia wzroku.
Największy kryzys współczesnego mainstreamu polega więc nie na tym, że czasem się myli. Mylić się mogą wszyscy. Problem polega na tym, że coraz częściej nie chce ryzykować w imię prawdy. Chce być wpływowy, ale bez kosztów. Chce uchodzić za odważny, ale bez naruszania zbyt twardych interesów. Chce uchodzić za strażnika demokracji, ale niekoniecznie chce brudzić sobie ręce tam, gdzie naprawdę zaczyna się polityczno-biznesowo-służbowe bagno.
A przecież wolne media poznaje się nie po deklaracjach, lecz po gotowości do uderzenia tam, gdzie inni milczą. Po zdolności do publikacji materiału, który może rozwścieczyć właściciela, reklamodawcę, ministra, służby i pół establishmentu jednocześnie. Po tym, że nie dzielą afer na wygodne i niewygodne. Po tym, że nie boją się własnego cienia. Po tym, że nie są tresowane przez układ, którego miały pilnować.
Dlatego odpowiedź na pytanie z tytułu brzmi dziś brutalnie, ale coraz bardziej realistycznie: media głównego nurtu są wolne głównie z nazwy. Formalnie — tak. Instytucjonalnie — częściowo. Moralnie i charakterologicznie — coraz rzadziej. Za dużo w nich konformizmu, za dużo kalkulacji, za dużo wygodnego milczenia, a za mało prawdziwej odwagi. I właśnie dlatego coraz więcej ludzi szuka informacji poza nimi.
Bo media, które boją się prawdy bardziej niż władzy, nie są już wolne. Są tylko duże, głośne i coraz mniej wiarygodne.
Zobacz cały wywiad na YouTube
