Dlaczego ludzie sami oddają swoją wolność? Większość nie zauważa pierwszego kroku
Największym sukcesem systemu autorytarnego nie jest zmuszenie człowieka do posłuszeństwa. Jest nim przekonanie człowieka, że posłuszeństwo leży w jego własnym interesie.
Podobnie największym sukcesem systemu religijnego nie jest samo przekonanie człowieka, że istnieje Bóg. Jest nim stworzenie takiego obrazu świata, w którym podporządkowanie religijnemu autorytetowi zaczyna wydawać się rozsądne, moralne, bezpieczne, a czasem wręcz konieczne.
W obu przypadkach mechanizm jest podobny.
Najpierw pojawia się obietnica.
Potem autorytet.
Następnie posłuszeństwo.
A na końcu — system kontroli.
Wolność, której nie zauważamy
Człowiek żyjący przez kilkadziesiąt lat w demokracji może zacząć traktować wolność tak samo jak powietrze. Nie zastanawia się nad nią, ponieważ po prostu jest.
Można krytykować premiera. Można wyśmiać prezydenta. Można odejść z Kościoła. Można założyć gazetę, stowarzyszenie albo partię polityczną. Można protestować. Można wierzyć w Boga, kilku bogów albo żadnego.
Dopóki wszystkie te możliwości istnieją, łatwo uznać je za naturalny element rzeczywistości.
I właśnie tutaj pojawia się paradoks wolności.
Najmniej myślimy o niej wtedy, kiedy ją mamy. Najbardziej zaczynamy ją rozumieć wtedy, kiedy ktoś próbuje nam ją odebrać.
Demokracja nie jest bowiem wyłącznie procedurą wyborczą. Jest skomplikowanym systemem ograniczania władzy: niezależnymi sądami, wolnymi mediami, prawami jednostki, możliwością krytykowania rządzących, pluralizmem politycznym i zasadą, że nawet zwycięzca wyborów nie może zrobić wszystkiego.
Autorytaryzm zaczyna się wtedy, kiedy ktoś przekonuje społeczeństwo, że te ograniczenia przeszkadzają w skutecznym rządzeniu.
Dyktatura, która przychodzi przez drzwi demokracji
Mamy skłonność do wyobrażania sobie narodzin dyktatury jako gwałtownego wydarzenia.
Czołgi na ulicach. Zamknięty parlament. Aresztowani politycy. Wojsko przed telewizją.
Współczesny autorytaryzm często wygląda jednak inaczej.
Może przyjść w garniturze.
Może wygrać wybory.
Może mieć konto w mediach społecznościowych, organizować konferencje prasowe i powtarzać, że reprezentuje „prawdziwy naród”.
Nie musi zlikwidować wyborów. Wystarczy, że stopniowo sprawi, iż przestaną być uczciwą konkurencją.
Nie musi zamknąć wszystkich gazet. Wystarczy przejąć część mediów, pozostałe zastraszyć ekonomicznie, a krytycznych dziennikarzy przedstawić jako wrogów państwa.
Nie musi zlikwidować sądów. Wystarczy doprowadzić do tego, aby sędziowie zaczęli zastanawiać się, jakie konsekwencje zawodowe może mieć wyrok niezgodny z oczekiwaniami władzy.
Nie musi zakazać opozycji. Wystarczy przekonać część społeczeństwa, że opozycja nie jest konkurentem politycznym, lecz zdrajcą.
To właśnie dlatego demokratyczne państwo może stopniowo przestać być demokratyczne, mimo że jego konstytucja nadal zawiera słowo „demokracja”.
Najpierw trzeba stworzyć strach
Autorytaryzm potrzebuje jednak czegoś więcej niż polityka pragnącego władzy.
Potrzebuje społecznego zapotrzebowania.
Dlatego niezwykle skutecznym narzędziem politycznym jest strach.
Strach przed migrantem.
Strach przed wojną.
Strach przed przestępczością.
Strach przed inną kulturą.
Strach przed mniejszościami.
Strach przed utratą tradycji.
Strach przed „zepsuciem dzieci”.
Strach przed chaosem.
Przestraszony człowiek zaczyna bowiem inaczej kalkulować wartość wolności.
W normalnych warunkach mówi:
„Nie pozwalam państwu ingerować w moje życie”.
W warunkach permanentnego zagrożenia może powiedzieć:
„Zgadzam się na ograniczenie mojej wolności, jeśli zapewnicie mi bezpieczeństwo”.
I właśnie wtedy pojawia się polityk oferujący prosty układ:
oddajcie mi trochę więcej władzy, a ja was ochronię.
Problem polega na tym, że władza przekazana „tymczasowo” niezwykle rzadko chce później dobrowolnie wrócić do obywateli.
Religia odkryła ten mechanizm tysiące lat wcześniej
Religia instytucjonalna wykorzystuje podobny model, choć zamiast bezpieczeństwa politycznego może oferować bezpieczeństwo metafizyczne.
Człowiek wie, że umrze.
Nie wie natomiast, co — jeśli cokolwiek — wydarzy się później.
Ta fundamentalna niewiedza jest jednym z najpotężniejszych źródeł ludzkiego lęku.
Religia wchodzi w tę przestrzeń z niezwykle atrakcyjną propozycją:
śmierć nie jest końcem.
Ale często za tą obietnicą pojawiają się warunki.
Uwierz.
Bądź posłuszny.
Przestrzegaj określonych zasad.
Uznaj określony autorytet.
Wykonuj określone rytuały.
A otrzymasz nagrodę, której żadna ziemska instytucja nie jest w stanie przebić — życie wieczne.
Jednocześnie nieposłuszeństwo może zostać związane z karą, potępieniem, grzechem, wykluczeniem albo wiecznym cierpieniem.
To niezwykle silna konstrukcja psychologiczna: nieskończona nagroda za podporządkowanie i nieskończona kara za nieposłuszeństwo.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy człowiek wierzący jest manipulowany ani że każda wspólnota religijna funkcjonuje jak aparat kontroli. Religia może być osobistą duchowością, tradycją, wspólnotą czy próbą odpowiedzi na pytania egzystencjalne.
Problem zaczyna się gdzie indziej — wtedy, gdy z prywatnej wiary powstaje instytucja posiadająca władzę nad innymi ludźmi.
Bóg jako ostateczne źródło autorytetu
Władca świecki ma pewien problem.
Można zapytać:
„Dlaczego właściwie mam cię słuchać?”
Władza religijna posiada na to wyjątkowo skuteczną odpowiedź:
„Bo tego chce Bóg”.
W tym momencie dyskusja staje się niezwykle trudna.
Z ministrem można polemizować.
Ustawę można zmienić.
Rząd można odwołać.
Teorię naukową można podważyć.
Ale jak prowadzić demokratyczną debatę z wolą istoty przedstawianej jako wszechwiedząca, nieomylna i absolutnie dobra?
Nie można.
Można jedynie dyskutować z człowiekiem, który twierdzi, że tę wolę zna.
I tutaj znajduje się jeden z najważniejszych problemów politycznych religii.
Bóg nie przemawia w parlamencie. Zawsze przemawia ktoś w jego imieniu.
Kapłan.
Biskup.
Prorok.
Kaznodzieja.
Polityk.
Interpretator świętej księgi.
Kiedy człowiek otrzymuje społeczne prawo do reprezentowania absolutu, jego własne poglądy mogą zostać przedstawione nie jako jedna z wielu opinii, lecz jako prawda pochodząca spoza ludzkiej dyskusji.
To daje władzę niezwykłą.
Idealne małżeństwo: polityk i kapłan
Nic więc dziwnego, że polityczna i religijna władza tak często odnajdywały wspólny interes.
Polityk może powiedzieć:
„Bronię waszej wiary”.
Kapłan może odpowiedzieć:
„Ten człowiek broni właściwego porządku”.
Polityk otrzymuje moralną legitymizację.
Instytucja religijna otrzymuje wpływy, przywileje, pieniądze albo dostęp do państwa.
Obie strony mogą następnie wskazać wspólnego przeciwnika: niewierzących, obcych, liberałów, naukowców, migrantów, mniejszości, „zepsuty Zachód” albo dowolną inną grupę przedstawioną jako zagrożenie dla moralnego porządku.
Powstaje wówczas niezwykle skuteczny system.
Polityka dostarcza przymusu.
Religia dostarcza uzasadnienia.
Najskuteczniejsze więzienie nie potrzebuje krat
Najbardziej zaawansowane systemy kontroli nie polegają jednak na tym, że policjant stoi przy każdym obywatelu.
To byłoby niewydajne.
Znacznie skuteczniej jest doprowadzić do sytuacji, w której człowiek zaczyna kontrolować sam siebie.
Nie zrobię tego, bo to grzech.
Nie powiem tego, bo to zdrada.
Nie przeczytam tej książki, bo jest niebezpieczna.
Nie wysłucham przeciwnika, bo jest wrogiem.
Nie zakwestionuję autorytetu, ponieważ autorytet z definicji musi mieć rację.
W pewnym momencie zewnętrzny strażnik przestaje być potrzebny.
Strażnik zostaje umieszczony w głowie człowieka.
I właśnie wtedy system osiąga największą skuteczność.
Demokracja wymaga wysiłku. Posłuszeństwo jest prostsze
Jest jeszcze jeden powód, dla którego systemy autorytarne bywają atrakcyjne.
Wolność jest wymagająca.
Jeżeli jestem wolny, muszę podejmować decyzje.
Muszę oceniać informacje.
Muszę akceptować możliwość pomyłki.
Muszę tolerować ludzi, których poglądów nie znoszę.
Muszę pogodzić się z tym, że świat jest skomplikowany i że na wiele pytań nie istnieją proste odpowiedzi.
Autorytaryzm usuwa część tego ciężaru.
My wiemy.
My zdecydujemy.
My wskażemy winnych.
Dogmatyczna religia może proponować podobny komfort.
My znamy prawdę.
My wiemy, skąd pochodzisz.
My wiemy, jak powinieneś żyć.
My wiemy, co wydarzy się po śmierci.
Niepewność zostaje zastąpiona pewnością.
Pytanie — odpowiedzią.
Wątpliwość — dogmatem.
Odpowiedzialność — posłuszeństwem.
I właśnie dlatego wolność intelektualna jest tak niewygodna dla każdego systemu opartego na niepodważalnym autorytecie.
Pierwszym obowiązkiem wolnego człowieka jest nieufność wobec władzy
Nie chodzi o paranoję ani przekonanie, że każda instytucja chce nas zniewolić.
Chodzi o coś znacznie prostszego.
Każda władza powinna podlegać kontroli.
Polityczna.
Religijna.
Ekonomiczna.
Medialna.
Naukowa.
Także ta, z którą sami się zgadzamy.
Najgroźniejsza władza to bowiem nie zawsze władza naszych przeciwników.
Czasami jest nią władza ludzi, których popieramy — ponieważ właśnie im najłatwiej jesteśmy gotowi wybaczyć przekroczenie granic.
Dlatego wolność nie polega jedynie na możliwości robienia tego, czego chcemy.
Wolność jest kulturą permanentnego kwestionowania prawa jednego człowieka do decydowania o życiu drugiego.
Wolność nie broni się sama
Historia uczy nas czegoś niepokojącego: społeczeństwa nie zawsze tracą wolność dlatego, że ktoś brutalnie im ją odbiera.
Czasem oddają ją same.
Po kawałku.
Za bezpieczeństwo.
Za poczucie wspólnoty.
Za obietnicę wielkości narodu.
Za moralną pewność.
Za wskazanie wroga.
Za obietnicę zbawienia.
Każda pojedyncza rezygnacja może wydawać się niewielka.
Jeszcze jedna instytucja podporządkowana władzy.
Jeszcze jeden dziennikarz nazwany zdrajcą.
Jeszcze jedna grupa pozbawiona części praw.
Jeszcze jeden dogmat, którego „nie wypada” kwestionować.
Jeszcze jeden przywilej religijny, którego nie wolno poddać publicznej krytyce.
Aż któregoś dnia człowiek rozgląda się wokół i odkrywa, że granica została przekroczona dawno temu.
Dlatego demokracja nie jest stanem, który raz zdobyty trwa wiecznie.
Tak samo wolność myślenia nie jest czymś, co otrzymujemy raz na zawsze.
Jedna i druga wymagają ciągłego wysiłku.
Trzeba bronić prawa do zadawania pytań.
Prawa do niewiary.
Prawa do krytyki.
Prawa do sprzeciwu.
Prawa do zmiany zdania.
Prawa do powiedzenia politykowi, kapłanowi, ideologowi i każdemu innemu człowiekowi roszczącemu sobie prawo do absolutnej prawdy:
„Udowodnij, że masz rację”.
Bo być może najważniejszą granicą między człowiekiem wolnym a poddanym nie jest to, czy posiada władzę.
Jest nią to, czy zachował prawo do powiedzenia:
„Nie wierzę ci. Przekonaj mnie”.
I właśnie dlatego zarówno autorytaryzm polityczny, jak i religijny dogmatyzm tak bardzo boją się człowieka, który zadaje pytania.
Nie dlatego, że zna wszystkie odpowiedzi.
Lecz dlatego, że nie zgadza się, aby ktoś inny zabronił mu ich szukać.
