Donald Trump, J.D. Vance i religia – czy to już droga do autorytaryzmu?
Współczesny autorytaryzm coraz rzadziej przychodzi w mundurze i ogłasza likwidację demokracji. Znacznie częściej korzysta z wyborów, mediów społecznościowych, narodowych mitów, konserwatywnej moralności i religijnych symboli. Zamiast od razu burzyć demokratyczne instytucje, stopniowo zmienia sposób, w jaki społeczeństwo postrzega historię, naukę, mniejszości, kobiety, migrantów oraz samą władzę.
Jednym z państw, w których proces ten stał się szczególnie widoczny, są Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa. Amerykański filozof Jason Stanley, badacz autorytaryzmu i faszyzmu, uznał sytuację polityczną za na tyle poważną, że w marcu 2025 roku opuścił USA wraz z rodziną i przeniósł się do Kanady.
Stanley do tego czasu pracował na Uniwersytecie Yale. Obecnie prowadzi badania i wykłada na Uniwersytecie w Toronto, gdzie zamierza stworzyć centrum zajmujące się obroną demokracji.
Szczególne obawy filozofa budzi nie tylko Donald Trump, lecz także J. D. Vance. Stanley uważa Vance’a za polityka bardziej metodycznego, świadomego mechanizmów władzy i konsekwencji podejmowanych działań.
To ważne, ponieważ współczesna polityka autorytarna nie opiera się wyłącznie na jednym charyzmatycznym przywódcy. Potrzebuje również ideologii, zaplecza finansowego, mediów, elit oraz systemu wartości pozwalającego przedstawiać ograniczanie wolności jako rzekomą obronę narodu, rodziny, moralności czy tradycji.
Nauka jako wróg władzy
Jednym z sygnałów ostrzegawczych są ataki na uniwersytety, nauczycieli, naukowców i dziennikarzy.
Nie jest to przypadek.
Autorytarna władza ma naturalny problem z instytucjami, których zadaniem jest zadawanie pytań, weryfikowanie twierdzeń i kontrolowanie rządzących. Nauka nie uznaje politycznej prawdy objawionej. Historia nie musi potwierdzać narodowych legend. Dziennikarz nie powinien być rzecznikiem rządu, a profesor nie powinien dostosowywać wyników badań do ideologicznych oczekiwań polityków.
Dlatego niezależna wiedza staje się dla autorytaryzmu zagrożeniem.
Stanley wskazuje na przykład Recepa Tayyipa Erdoğana i Turcji. Opozycyjny dziennikarz Can Dündar musiał opuścić kraj, a turecki wymiar sprawiedliwości skazał go na 27 lat więzienia.
Stany Zjednoczone nie znajdują się w tym samym miejscu. Nie oznacza to jednak, że mechanizm nacisku można ignorować.
Administracja Trumpa weszła w konflikty z uniwersytetami, środowiskami akademickimi i mediami, a polityczna walka coraz częściej obejmuje również to, czego wolno nauczać i w jaki sposób należy przedstawiać amerykańską historię.
To właśnie tutaj polityka zaczyna spotykać się z mechanizmem dobrze znanym z historii religii: najpierw ustala się właściwą wersję rzeczywistości, później oczekuje podporządkowania, a krytykę zaczyna przedstawiać jako atak na wspólnotę.
Stworzyć świętą przeszłość
Autorytaryzm potrzebuje mitu.
Najczęściej jest to opowieść o utraconym złotym wieku: kiedyś społeczeństwo było uporządkowane, ludzie znali swoje miejsce, rodziny funkcjonowały prawidłowo, naród był silny, a tradycyjne wartości pozostawały nienaruszone.
Potem – zgodnie z taką narracją – wszystko zaczęło się rozpadać.
Pojawili się obcy. Kobiety uzyskały większą niezależność. Mniejszości zaczęły domagać się praw. Zmieniły się obyczaje. Podważono tradycyjne autorytety.
Problem polega na tym, że taka idealna przeszłość najczęściej nigdy nie istniała.
Historia społeczeństw jest historią konfliktów, migracji, zmian kulturowych, przemocy, emancypacji i wzajemnego przenikania się kultur oraz religii.
Dobrym przykładem jest polityka historyczna Narendry Modiego, premiera Indii. Narracja o Indiach jako pierwotnie jednolitym państwie hinduskim, którego religijną jednorodność zakłócił dopiero islam, pomija podstawowy fakt: muzułmanie żyją na subkontynencie indyjskim od VIII wieku.
Podobny problem dotyczy Europy.
Przez stulecia znacząca społeczność muzułmańska zamieszkiwała Hiszpanię. Po zdobyciu Granady w 1492 roku przez siły katolickie ludność ta nie rozpłynęła się nagle w powietrzu. Wielu mieszkańców pozostało, część przyjęła katolicyzm, a ich potomkowie współtworzyli dalszą historię kraju.
Aby stworzyć wizję odwiecznie jednorodnego religijnie narodu, trzeba więc najpierw usunąć z pamięci wszystko, co tej wizji przeczy.
Religia doskonale pasuje do polityki „My kontra Oni”
Religia staje się szczególnie użyteczna politycznie wtedy, kiedy przestaje być prywatnym światopoglądem, a zaczyna pełnić funkcję znacznika przynależności narodowej i społecznej.
Nie trzeba nawet wymagać głębokiej wiary.
Wystarczy przekonać społeczeństwo, że „prawdziwy” obywatel należy do właściwej tradycji religijnej, reprezentuje odpowiedni model rodziny, akceptuje określone role płciowe i podporządkowuje się ustalonej hierarchii wartości.
Wtedy spór polityczny przestaje dotyczyć podatków, infrastruktury czy gospodarki.
Staje się walką dobra ze złem.
A przeciwnik polityczny nie jest już człowiekiem mającym inne poglądy. Staje się zagrożeniem dla narodu, rodziny, tradycji albo religii.
To właśnie w tym miejscu religijny konserwatyzm może przekształcić się w niezwykle skuteczne narzędzie autorytarnej polityki.
Ameryka bez niewolnictwa?
Podobny mechanizm dotyczy amerykańskiej historii.
Coraz silniejsze są próby przedstawiania historii Stanów Zjednoczonych w sposób, który marginalizuje niewolnictwo, rasizm oraz doświadczenia czarnych Amerykanów.
W Filadelfii pojawiła się możliwość demontażu tablic informacyjnych opisujących niewolnictwo w domu George’a Washingtona.
Symboliczne znaczenie takich działań jest ogromne.
Nie chodzi o to, by całkowicie usunąć informacje z internetu. W XXI wieku byłoby to praktycznie niewykonalne. Chodzi o ustanowienie oficjalnej opowieści: George Washington ma być przede wszystkim bohaterem, podobnie Thomas Jefferson i pozostali ojcowie założyciele.
Ich życiorysy mają budować narodową dumę, a nie prowokować niewygodne pytania.
Stanley sam wspomina, że jako dziecko uczył się wizji historii prowadzącej niemal prostą linią od Aten przez Rzym do Stanów Zjednoczonych, które miały stanowić kulminację rozwoju cywilizacji.
Dopiero później zaczął dostrzegać mechanizm stojący za takim nauczaniem.
Czytając „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, zwrócił uwagę na opis edukacji podporządkowanej ideologii narodowej: należy wybrać odpowiednich bohaterów, uczynić ich symbolami i stworzyć wokół nich wspólną emocjonalną tożsamość.
Nie oznacza to oczywiście utożsamienia amerykańskiej edukacji z nazizmem. Pokazuje jednak podobieństwo samego mechanizmu: historia może być wykorzystywana nie do poznawania przeszłości, lecz do produkowania pożądanej tożsamości politycznej.
Patriotyzm czy polityczna religia?
Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo przestaje być wspólnotą obywateli, a zaczyna być przedstawiane jako niemal święta rzeczywistość.
Naród otrzymuje swoich proroków, świętych bohaterów, męczenników, rytuały i symbole. Krytyka państwa zaczyna przypominać bluźnierstwo.
Taki model patriotyzmu nie uczy odpowiedzialności za państwo.
Uczy posłuszeństwa wobec jego mitu.
Tymczasem amerykańską tradycję można rozumieć zupełnie inaczej.
Frederick Douglass w XIX wieku wskazywał na sprzeczność między deklarowanym ideałem wolności a niewolnictwem. Podobną metodę później stosował Martin Luther King. Nie odrzucali deklarowanych ideałów Ameryki – żądali, aby państwo zaczęło je rzeczywiście realizować.
To fundamentalna różnica między krytycznym patriotyzmem a nacjonalizmem.
Pierwszy mówi: skoro deklarujemy wolność, przestrzegajmy jej.
Drugi mówi: jesteśmy wielcy, więc nie wolno podważać naszego obrazu samych siebie.
Czy Stany Zjednoczone są „krajem wolności”?
Mit Ameryki jako absolutnego wzorca wolności również wymaga konfrontacji z faktami.
W 2015 roku wskaźnik osadzenia w więzieniach w USA był około ośmiokrotnie wyższy niż w Niemczech. W Stanach Zjednoczonych ogromna część społeczeństwa doświadczyła systemu penitencjarnego, co trudno pogodzić z uproszczonym obrazem kraju będącego bezwarunkowym symbolem wolności.
Równie problematyczna jest polityka zagraniczna USA.
W Ameryce Łacińskiej pamięć o amerykańskim wspieraniu dyktatur oraz działaniach przeciw demokratycznym rządom pozostaje elementem historycznego doświadczenia wielu społeczeństw.
Państwo może mówić o wolności i jednocześnie prowadzić politykę stojącą z nią w sprzeczności.
Dokładnie tak samo instytucja religijna może mówić o miłości, a jednocześnie domagać się ograniczania praw ludzi, których styl życia nie odpowiada jej doktrynie.
Deklarowana wartość nie jest dowodem jej przestrzegania.
Miliarderzy, technologia i polityczna władza
Autorytarna polityka potrzebuje jednak czegoś więcej niż ideologii.
Potrzebuje pieniędzy i kanałów komunikacji.
W amerykańskiej rzeczywistości ogromną rolę odgrywają miliarderzy technologiczni, między innymi Elon Musk oraz Peter Thiel, który wspierał polityczną karierę J. D. Vance’a.
Władza ekonomiczna coraz silniej łączy się z możliwością wpływania na debatę publiczną. Platformy społecznościowe nie są neutralnymi placami miejskimi. Należą do prywatnych przedsiębiorstw i ludzi posiadających własne interesy gospodarcze oraz polityczne.
X należący do Elona Muska jest jednym z najbardziej widocznych przykładów koncentracji władzy ekonomicznej, technologicznej i komunikacyjnej.
Jednocześnie administracja Trumpa realizuje politykę podatkową korzystną dla najbogatszych. Przykładem jest pakiet określany przez Trumpa jako „Big Beautiful Bill”.
Mechanizm polityczny jest przy tym stary: gniew społeczeństwa należy skierować nie na ludzi posiadających największą władzę ekonomiczną, lecz na grupy słabsze.
Migranci.
Mniejszości.
Osoby LGBT.
Kobiety odrzucające tradycyjne role.
Ludzie o innych przekonaniach.
Kozioł ofiarny jest dla autorytarnej władzy znacznie wygodniejszy niż rozmowa o rzeczywistym podziale majątku i wpływów.
Dziesięć elementów polityki faszystowskiej
Jason Stanley opisuje faszyzm jako formę autorytarnej polityki budującej podział społeczeństwa na „nas” i „ich”, często przy użyciu kategorii narodowych, etnicznych, rasowych i religijnych.
W swoich analizach wskazuje dziesięć charakterystycznych mechanizmów:
mitologizowanie przeszłości, propaganda, antyintelektualizm, teorie spiskowe, hierarchiczne dzielenie ludzi według pochodzenia, rasy lub religii, wykorzystywanie poczucia krzywdy, podporządkowanie wolności hasłom „prawa i porządku”, dzielenie ludzi na „pracowitych” i „leniwych”, antyfeminizm oraz budowanie wroga z osób transpłciowych i mieszkańców rzekomo zdegenerowanych miast.
W tym ostatnim przypadku pojawia się również religijny mit Sodomy i Gomory: miasto przedstawiane jest jako miejsce dekadencji, rozwiązłości i przestępczości, natomiast prowincja ma symbolizować moralne serce narodu.
Ten schemat nie jest niewinną retoryką.
Pozwala podzielić obywateli na moralnie wartościowych i podejrzanych.
A gdy polityka zaczyna określać jedną grupę jako prawdziwy naród, ktoś inny automatycznie zostaje z niego symbolicznie wykluczony.
„Wielka wymiana” i produkcja wroga
Jednym z najbardziej niebezpiecznych elementów współczesnej skrajnej prawicy jest teoria „wielkiej wymiany”.
Zakłada ona, że jakaś siła celowo sprowadza obce grupy, aby zastąpić dotychczasową ludność kraju.
Motyw ten nie jest nowy.
Podobne wyobrażenie występowało już w „Mein Kampf” Hitlera, choć historyczny nazizm przypisywał rolę organizatorów spisku przede wszystkim Żydom. Współczesne wersje tej narracji często wskazują liberalnych polityków, elity lub bliżej nieokreślone globalne siły.
Zmieniają się bohaterowie opowieści.
Mechanizm pozostaje ten sam: społeczeństwo ma uwierzyć, że jego istnienie jest zagrożone przez obcych.
Kiedy obywatel uwierzy, że walczy o biologiczne, religijne albo kulturowe przetrwanie własnego narodu, znacznie łatwiej zaakceptuje rozwiązania, które wcześniej uznałby za niedopuszczalne.
Religia, patriarchat i polityczna kontrola
Szczególnie interesujące jest połączenie skrajnej prawicy z antyfeminizmem i konserwatywną polityką seksualną.
Nie jest to przypadkowy dodatek do nacjonalizmu.
Autorytarna wizja społeczeństwa zakłada hierarchię.
Na szczycie znajduje się przywódca. Niżej stoją kolejne struktury władzy. Rodzina również powinna mieć swoją hierarchię. Mężczyzna ma pełnić określoną rolę, kobieta inną. Seksualność powinna mieścić się w wyznaczonych granicach. Tożsamość człowieka nie powinna naruszać tradycyjnego porządku.
Religia dostarcza temu modelowi wyjątkowo wygodnego uzasadnienia.
Jeżeli określony porządek społeczny przedstawia się jako ustanowiony przez Boga, przestaje być on jedynie propozycją polityczną.
Staje się rzekomo porządkiem naturalnym, moralnym i niepodlegającym negocjacjom.
Dlatego walka o prawa kobiet czy osób LGBT może zostać przedstawiona nie jako spór o zakres wolności obywatelskiej, lecz jako atak na religię, rodzinę, naród i cywilizację.
Właśnie dlatego wartości patriarchalne są tak chętnie mobilizowane przez ugrupowania skrajnej prawicy.
W USA część wyborców pochodzenia latynoskiego poparła Trumpa między innymi ze względu na jego stanowisko wobec kwestii LGBT. To pokazuje, że polityczna mobilizacja wokół konserwatywnej moralności może przekraczać granice etniczne i migracyjne.
Stworzyć problem, a potem z nim walczyć
Mechanizm kozła ofiarnego szczególnie dobrze widać w polityce migracyjnej.
Oczywiście migracja może rodzić problemy społeczne, ekonomiczne czy organizacyjne. Tak samo problemy może powodować jej brak, zwłaszcza w starzejących się społeczeństwach.
W USA wielu opiekunów osób starszych, lekarzy i naukowców pochodzi z innych państw albo z rodzin migracyjnych. Siła amerykańskich uniwersytetów została zbudowana również dzięki ludziom przyjeżdżającym z całego świata.
Autorytarna narracja nie potrzebuje jednak takiej złożoności.
Potrzebuje prostego komunikatu: oni są problemem.
Następnie można ograniczyć migrantom możliwość pracy, przemieszczania się i normalnego funkcjonowania, a później wskazywać ich biedę lub wykluczenie jako dowód na to, że od początku stanowili zagrożenie.
Mechanizm ten przypomina analizę Hannah Arendt dotyczącą nazistowskiej polityki wobec Żydów. Najpierw propaganda przypisywała grupie określone negatywne cechy, następnie państwo tworzyło warunki pogłębiające jej społeczne wykluczenie, po czym skutki tego wykluczenia przedstawiano jako potwierdzenie wcześniejszych uprzedzeń.
Władza produkuje problem, a następnie przedstawia siebie jako jedyną siłę zdolną go rozwiązać.
Cenzura w imię walki z cenzurą
Jednym z najbardziej paradoksalnych elementów współczesnej polityki autorytarnej jest ciągłe powoływanie się na wolność słowa przy jednoczesnym ograniczaniu swobody edukacji.
W części amerykańskich stanów wprowadzono ograniczenia dotyczące nauczania o rasizmie strukturalnym oraz różnorodności płciowej.
Można oczywiście krytykować poglądy studentów, profesorów czy ruchów społecznych. Można uważać, że młodzi ludzie bywają zbyt radykalni. Można spierać się o język i granice społecznej akceptacji.
Ale istnieje zasadnicza różnica między społeczną krytyką a państwowym zakazem określonych treści.
Profesor, którego poglądy krytykują studenci, nadal może je głosić.
Profesor, któremu państwo zabrania omawiania określonego zagadnienia, znajduje się w zupełnie innej sytuacji.
To pierwsze jest konfliktem społecznym.
Drugie może być instrumentem władzy.
250 lat niepodległości i kult przywódcy
4 lipca 2026 roku Stany Zjednoczone obchodziły 250. rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości.
Tak ważna rocznica mogła stać się okazją do refleksji nad historią państwa – zarówno jego osiągnięciami, jak i sprzecznościami.
Tymczasem sposób, w jaki Donald Trump wykorzystuje narodową historię, doskonale wpisuje się w mechanizm personalizacji władzy.
Przekaz można sprowadzić do prostego schematu: Ameryka jest największa, jej historia prowadzi do obecnej chwili, a Trump staje się politycznym ucieleśnieniem Ameryki.
W takim modelu krytyka przywódcy może zostać przedstawiona jako krytyka państwa.
A sprzeciw wobec jego polityki – jako zdrada narodu.
To właśnie moment, w którym demokratycznie wybrany polityk zaczyna być otaczany logiką znaną wcześniej z monarchii, dyktatur i religii: przywódca przestaje być urzędnikiem, a staje się symbolem wspólnoty.
Europa nie jest odporna
Problem nie kończy się na Stanach Zjednoczonych.
Współczesne ruchy autorytarne działają ponad granicami państw. Idee, strategie komunikacyjne, pieniądze i narracje polityczne przepływają między USA a Europą.
Amerykańska skrajna prawica znajduje ideowych partnerów w europejskich ugrupowaniach nacjonalistycznych, antyliberalnych i religijnie konserwatywnych.
Dlatego Europa pozostaje jednym z kluczowych obszarów obrony liberalnej demokracji, ale nie ma żadnej gwarancji, że demokracja obroni się sama.
Historia pokazuje coś przeciwnego.
Instytucje mogą istnieć, wybory mogą się odbywać, parlament może obradować, a jednocześnie zakres realnej wolności może być stopniowo ograniczany.
Autorytaryzm nie zawsze likwiduje demokrację jednym dekretem. Czasami wykorzystuje jej procedury, aby krok po kroku pozbawić ją treści.
Gdy Bóg, naród i wódz stają po jednej stronie
Najbardziej niebezpieczna kombinacja pojawia się wtedy, gdy religia, nacjonalizm i kult silnego przywódcy zaczynają wzajemnie się legitymizować.
Religia dostarcza absolutnych wartości.
Nacjonalizm wskazuje wspólnotę wybraną.
Autorytarny polityk przedstawia siebie jako jej obrońcę.
Potem potrzebny jest wróg: migrant, ateista, feminista, osoba LGBT, naukowiec, dziennikarz, liberał albo przedstawiciel innej religii.
Wszystko zależy od miejsca i czasu.
Schemat pozostaje zadziwiająco podobny.
Nie każda religia prowadzi do autorytaryzmu i nie każdy człowiek wierzący popiera politykę skrajnej prawicy. Problem pojawia się wtedy, gdy dogmat religijny zostaje przekształcony w program państwa, a politycy zaczynają decydować, jaki model życia jest moralnie właściwy dla wszystkich obywateli.
Demokracja wymaga czegoś dokładnie odwrotnego.
Wymaga zgody na pluralizm, krytykę, zmianę poglądów, niewygodne badania naukowe, trudną historię oraz obecność ludzi, którzy żyją inaczej niż większość.
Religijny autorytaryzm proponuje prostszy świat.
Jedna prawda.
Jedna właściwa moralność.
Jedna wizja rodziny.
Jedna narodowa historia.
Jedna hierarchia wartości.
A w skrajnej wersji – jeden przywódca przedstawiający siebie jako obrońcę tego wszystkiego.
Właśnie dlatego obrona świeckiego państwa nie jest wojną z ludźmi wierzącymi. Jest ochroną społeczeństwa przed sytuacją, w której czyjeś przekonania religijne zostają wyposażone w aparat państwowego przymusu.
Historia wielokrotnie pokazywała, dokąd może prowadzić połączenie absolutnej prawdy, politycznej władzy i przekonania, że cel uświęca środki.
Nie potrzeba kolejnego eksperymentu, aby przekonać się, że demokracja potrzebuje obywateli zdolnych kwestionować władzę – nie wiernych zobowiązanych do posłuszeństwa.
