Europa nie jest terenem misyjnym. Kardynał Ryś i stare ambicje Kościoła w nowym opakowaniu
Europa jako „kontynent misyjny”, który chrześcijanie mają ponownie ewangelizować – taką wizję przedstawił kard. Grzegorz Ryś podczas Międzynarodowej Konferencji z cyklu „Rola chrześcijan w procesie integracji europejskiej” w Krakowie. Za językiem dialogu, miłości, godności i pojednania pojawia się jednak znacznie poważniejsza kwestia: dlaczego instytucja religijna nadal uważa świeckie, pluralistyczne społeczeństwa za obszar własnej misji?
To nie jest niewinne pytanie teologiczne. Dotyczy miejsca religii w demokracji oraz granicy pomiędzy prawem Kościoła do głoszenia swoich przekonań a jego wielowiekową ambicją wpływania na politykę, prawo, edukację i normy obyczajowe.
Jeden z piątkowych paneli konferencji odbywającej się w Krakowie poświęcono „ekumenizmowi jako metodzie dialogu”. Metropolita krakowski kard. Grzegorz Ryś mówił podczas niego o potrzebie porozumienia między chrześcijanami.
Jednocześnie jasno wskazał nadrzędny cel działalności Kościoła.
Ewangelizację.
I właśnie tutaj kończy się opowieść o neutralnym dialogu, a zaczyna pytanie o rzeczywiste ambicje instytucji religijnych.
Europa jako „teren misyjny”
Kard. Ryś mówił, że Europa jest nie tylko wielokulturowa, wielowyznaniowa i wieloreligijna, lecz również stanowi „kontynent misyjny”. Według hierarchy to chrześcijanie mają podjąć zadanie ewangelizacji.
Samo sformułowanie jest niezwykle charakterystyczne.
Społeczeństwo, które w znacznej części przestało podporządkowywać życie religijnym dogmatom, zostaje przedstawione nie jako naturalny rezultat wolności sumienia, lecz jako przestrzeń wymagająca działalności misyjnej.
Europa nie jest jednak niczyim terenem misyjnym.
Nie jest polem przeznaczonym do odzyskania przez Kościół katolicki ani przestrzenią, na której jakakolwiek instytucja religijna – katolicka, protestancka, prawosławna, żydowska, muzułmańska czy inna – powinna otrzymywać szczególny mandat do organizowania życia społecznego.
Każdy człowiek ma prawo wierzyć. Problem zaczyna się tam, gdzie zorganizowana religia wychodzi poza prywatną i wspólnotową sferę wiary i zaczyna domagać się wpływu na państwo, ustawodawstwo, szkołę, edukację seksualną, prawa reprodukcyjne, model rodziny, badania naukowe czy sposób życia ludzi, którzy jej dogmatów nie uznają.
Właśnie dlatego krytyka religii nie może kończyć się na krytyce pojedynczych duchownych. Problem jest instytucjonalny: organizacje religijne przez stulecia budowały struktury umożliwiające im oddziaływanie na władzę polityczną i społeczeństwo.
Najpierw zjednoczyć chrześcijan, później skuteczniej ewangelizować?
Zdaniem kard. Rysia największą przeszkodą dla ewangelizacji pozostaje podział chrześcijan.
Hierarcha zauważył, że trudno głosić przykazanie miłości, jeżeli sami chrześcijanie nie potrafią ze sobą rozmawiać.
Trudno odmówić logiki temu spostrzeżeniu. Jeszcze trudniej jednak pominąć historyczną ironię tej sytuacji.
Religia, która przedstawia siebie jako źródło miłości i moralności, przez stulecia była równocześnie uwikłana w konflikty wyznaniowe, prześladowania, walkę o władzę, narzucanie dogmatów oraz represjonowanie ludzi kwestionujących religijny monopol na prawdę.
Kard. Ryś przyznał zresztą, że w dialogu ekumenicznym problemem nie są wyłącznie różnice doktrynalne. Istnieją także wzajemnie zadane rany.
Według hierarchy potrzebne są więc nie tylko rozmowy, lecz również wzajemne przebaczenie.
Punktem wyjścia ma być wspólne wyznanie wiary – credo nicejsko-konstantynopolitańskie. Kardynał argumentował, że to, co łączy chrześcijan, powinno okazać się silniejsze od tego, co ich dzieli.
Z perspektywy antyteistycznej pojawia się jednak inne pytanie:
dlaczego świecka Europa miałaby potrzebować bardziej zjednoczonych i skuteczniejszych instytucji religijnych?
Jeżeli efektem jedności ma być skuteczniejsza ewangelizacja oraz zwiększenie religijnego oddziaływania na społeczeństwo, trudno uznać taki projekt za obojętny dla ludzi opowiadających się za konsekwentnym rozdziałem religii od państwa.
Dialog, którego finałem ma być ewangelizacja
Kard. Ryś podkreślał znaczenie dialogu. Problem polega na tym, że dialog i działalność misyjna nie oznaczają tego samego.
Autentyczna rozmowa zakłada możliwość, że druga osoba pozostanie przy swoich przekonaniach i że nie jest człowiekiem wymagającym ideologicznej przemiany.
Misja religijna ma natomiast określony cel: rozpowszechnienie konkretnej wiary.
Jeżeli więc Europa zostaje określona mianem „kontynentu misyjnego”, pojawia się uzasadniona wątpliwość, czy człowiek niewierzący jest dla instytucji kościelnej równoprawnym uczestnikiem społeczeństwa, czy raczej potencjalnym obiektem ewangelizacji.
Ateista nie jest niedokończonym chrześcijaninem. Agnostyk nie jest kandydatem do nawrócenia. Świeckie społeczeństwo nie jest zepsutą wersją społeczeństwa religijnego.
Ludzie mogą po prostu odrzucać twierdzenia religii i nie potrzebują do tego zgody żadnego hierarchy.
Kościół chce rozmawiać o prawach człowieka. Ale na jakich zasadach?
Kard. Ryś stwierdził również, że chrześcijanie powinni spotykać się z Europejczykami i rozmawiać o prawach człowieka, godności osoby, ochronie stworzenia, migracji oraz sztucznej inteligencji. Nawiązał przy tym do zaktualizowanej w ubiegłym roku Karty Ekumenicznej.
I tutaj pojawia się zasadniczy problem.
Instytucje religijne mają pełne prawo uczestniczyć w publicznej debacie. Nie powinny jednak otrzymywać uprzywilejowanego statusu tylko dlatego, że swoje stanowisko uzasadniają Bogiem, objawieniem, Biblią, Koranem, tradycją czy doktryną.
Prawo dotyczące wszystkich obywateli powinno mieć świeckie uzasadnienie możliwe do publicznej dyskusji niezależnie od wyznawanej religii.
Twierdzenie „moja religia tego zabrania” może być wystarczającą podstawą osobistej decyzji człowieka wierzącego.
Nie powinno być wystarczającą podstawą do stwierdzenia:
„dlatego państwo powinno zabronić tego również tobie”.
W tym właśnie miejscu przebiega fundamentalna granica między wolnością religijną a religijnym wpływem na państwo.
Religia i polityka – związek, który ciągle powraca
Kard. Ryś mówił także o dialogu z judaizmem i islamem, który jego zdaniem powinien obejmować kwestie pokoju, wojny oraz nadużywania religii.
Problem polega na tym, że określenie „nadużywanie religii” może sugerować, iż religia sama w sobie pozostaje całkowicie niewinna, a dopiero politycy lub fanatycy wykorzystują ją w niewłaściwy sposób.
Historia jest bardziej skomplikowana.
Religie instytucjonalne same przez stulecia tworzyły struktury władzy, legitymizowały monarchów, uczestniczyły w konfliktach politycznych, określały dopuszczalne poglądy i zachowania oraz próbowały podporządkowywać życie społeczne własnym normom.
Religia i polityka nie spotkały się przypadkiem.
Łączyło je wspólne zainteresowanie władzą nad społeczeństwem.
Władca mógł twierdzić, że jego panowanie posiada sankcję Boga. Instytucja religijna otrzymywała w zamian ochronę, przywileje i możliwość wpływania na społeczeństwo.
Współczesne demokracje ograniczyły ten mechanizm, ale nie sprawiły, że całkowicie zniknął.
Także dzisiaj można obserwować próby wykorzystywania religijnej tożsamości do mobilizacji politycznej, budowania konserwatywnych ruchów społecznych i przedstawiania określonego modelu państwa, rodziny czy obyczajowości jako jedynego moralnie dopuszczalnego.
Religijna „godność” nie może zastępować praw człowieka
Szczególnej ostrożności wymaga również religijny język dotyczący „godności osoby”.
Brzmi uniwersalnie. Problem pojawia się wtedy, gdy za uniwersalnymi pojęciami kryją się konkretne doktryny.
Prawa człowieka nie mogą zależeć od tego, czy człowiek spełnia normy moralne któregoś Kościoła.
Nie mogą być uzależnione od jego wiary, niewiary, życia prywatnego czy zgodności jego decyzji z religijnym nauczaniem.
Państwo demokratyczne nie jest wykonawcą kościelnej moralności.
Duchowny może przekonywać wiernych, jak – zgodnie z jego religią – powinni żyć.
Nie powinien jednak oczekiwać, że parlament przekształci religijne przykazania w przepisy obowiązujące wszystkich obywateli.
Sztuczna inteligencja również nie potrzebuje teologicznego nadzoru
W sobotnim programie konferencji znalazły się sesje dotyczące wpływu sztucznej inteligencji na życie społeczne oraz przyszłości jedności europejskiej.
Kościoły oczywiście mogą zabierać głos również w tej debacie.
Nie istnieje jednak racjonalny powód, dla którego religijne organizacje miałyby otrzymywać w niej szczególną pozycję.
Problemy sztucznej inteligencji dotyczą między innymi bezpieczeństwa, odpowiedzialności, prywatności, rynku pracy, dezinformacji, praw człowieka i koncentracji technologicznej władzy. Można je analizować przy pomocy filozofii, etyki świeckiej, nauki, prawa i demokratycznej debaty bez odwoływania się do nadprzyrodzonego autorytetu.
Europa nie potrzebuje ponownej ewangelizacji
Najbardziej znaczące w wypowiedzi kard. Rysia pozostaje więc określenie Europy jako „kontynentu misyjnego”.
Kościół katolicki przez znaczną część swojej historii funkcjonował w Europie nie tylko jako wspólnota wierzących, ale również jako potężna instytucja polityczna, ekonomiczna i kulturowa.
Dzisiaj musi funkcjonować w świecie, w którym człowiek może powiedzieć:
nie wierzę.
Może odejść z Kościoła.
Może zakwestionować dogmat.
Może krytykować duchownego.
Może uznać religijną moralność za błędną.
Może domagać się państwa całkowicie neutralnego światopoglądowo.
I nie musi się z tego przed nikim tłumaczyć.
To nie jest kryzys wolności.
To właśnie jest wolność.
Dlatego problemem nie jest to, że chrześcijanie chcą ze sobą rozmawiać. Nie jest nim również samo głoszenie własnej wiary – dopóki pozostaje ono korzystaniem z tych samych praw, które przysługują wszystkim.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy instytucje religijne uznają społeczeństwo za teren własnej misji, a następnie próbują przekładać religijne przekonania na politykę państwa, prawo, edukację i obowiązujące wszystkich normy społeczne.
Europa nie potrzebuje kolejnej ewangelizacji.
Potrzebuje konsekwentnej zasady, według której żaden Kościół, żadna religia i żaden duchowny nie posiada specjalnego prawa do decydowania o życiu człowieka tylko dlatego, że twierdzi, iż przemawia w imieniu Boga.
Wiara może należeć do człowieka.
Państwo powinno należeć do obywateli.
