Antyteizm.pl Antyteizm.pl

Kościół kontra ofiara. Kulisy procesu, który może zmienić wszystko. Ta sprawa wywoła burzę

Antyklerykalizm • 3 sierpnia 2026

Proces dotyczący wieloletniego krzywdzenia Janusza Szymika przez byłego księdza Jana Wodniaka może stać się jednym z najbardziej znaczących sporów o odpowiedzialność instytucji kościelnych w Polsce. Archidiecezja Krakowska chce bowiem, aby do sprawy włączony został Skarb Państwa, argumentując, że służby komunistycznego państwa wiedziały o działaniach duchownego, lecz zamiast doprowadzić do ich przerwania, miały wykorzystać tę wiedzę do pozyskania go jako informatora.

To argumentacja, która rodzi fundamentalne pytanie: czy odpowiedzialność aparatu PRL za ukrywanie przestępstw może jednocześnie służyć instytucji kościelnej do ograniczania własnej odpowiedzialności za człowieka działającego przez lata w jej strukturach?

20 milionów złotych od Kościoła

Dziś 54-letni Janusz Szymik pozwał Archidiecezję Krakowską w związku z tym, czego jako dziecko doświadczał ze strony ks. Jana Wodniaka.

Wodniak był w młodości sekretarzem kard. Franciszka Macharskiego, a później przez wiele lat proboszczem w Międzybrodziu Bialskim. Szymik jako ministrant przez lata doświadczał z jego strony przemocy o charakterze seksualnym.

Sprawa duchownego została również rozpatrzona przez struktury kościelne. Watykan uznał jego winę, a Jan Wodniak został usunięty ze stanu kapłańskiego.

Janusz Szymik domaga się obecnie 20 mln zł odszkodowania. Według jego żądania odpowiedzialność finansową powinny solidarnie ponieść Archidiecezja Krakowska oraz parafia, w której działał Wodniak.

Sprawa ma znaczenie wykraczające poza indywidualny proces. Polskie sądy coraz częściej zasądzają wysokie świadczenia na rzecz osób skrzywdzonych przez duchownych. W niektórych sprawach kwoty dochodzą już do miliona złotych.

Pełnomocnik Szymika, adwokat Artur Nowak, wskazuje, że problem nie sprowadza się wyłącznie do zachowania pojedynczego księdza. Jego zdaniem odpowiedzialność dotyczy również wieloletnich zaniedbań systemowych Kościoła.

Nadużycia wobec Szymika miały mieć miejsce w latach 80. i 90., kiedy w polskim Kościele nie funkcjonował skuteczny, powszechny system ochrony dzieci, kontroli duchownych i reagowania na informacje o krzywdzeniu małoletnich.

Według pełnomocnika chodzi o setki udokumentowanych zdarzeń dotyczących Janusza Szymika z okresu, gdy był ministrantem.

Archidiecezja wskazuje na państwo

Proces odbywa się przed sądem w Krakowie. Po kilku rozprawach pojawił się jednak nowy wątek.

Archidiecezja Krakowska wystąpiła z wnioskiem o przypozwanie Skarbu Państwa.

Kościelni prawnicy twierdzą, że część odpowiedzialności za krzywdę Janusza Szymika może ponosić państwo ze względu na działania Służby Bezpieczeństwa w okresie PRL.

Argumentacja opiera się na materiałach dawnej SB.

Według tej wersji ks. Jan Wodniak został zwerbowany przez Służbę Bezpieczeństwa jako tajny współpracownik. Jako były sekretarz kard. Franciszka Macharskiego znajdował się blisko kościelnej hierarchii i mógł posiadać informacje szczególnie interesujące dla komunistycznych służb.

Prawnicy archidiecezji wskazują, że SB miała wiedzieć o zachowaniach Wodniaka i wykorzystać tę wiedzę jako narzędzie nacisku. Duchowny miał funkcjonować w dokumentacji służb pod pseudonimem „Janek”.

Według tej argumentacji funkcjonariusze mogli również wiedzieć, że poszkodowanymi były osoby małoletnie.

Już ówczesny kodeks karny przewidywał za takie czyny poważne konsekwencje. Mimo tego Wodniak nie został wówczas pociągnięty do odpowiedzialności.

Kościelni pełnomocnicy sugerują więc, że SB celowo zachowywała informacje w tajemnicy, ponieważ kompromitujące materiały pozwalały kontrolować duchownego i wykorzystywać go jako źródło informacji o Kościele.

Służba Bezpieczeństwa podlegała wówczas Ministerstwu Spraw Wewnętrznych.

Czy państwo miało ostrzec Kościół?

Argument archidiecezji idzie jeszcze dalej.

Według jej prawników organy państwa nie przekazały władzom kościelnym posiadanych informacji o działaniach Wodniaka. Kościelna strona utrzymuje jednocześnie, że hierarchowie nie wiedzieli o krzywdzeniu dzieci.

W praktyce oznacza to próbę zbudowania następującej linii obrony: gdyby PRL poinformował Kościół o Wodniaku, instytucja mogłaby zareagować, a Janusz Szymik nie zostałby później skrzywdzony.

Problem polega na tym, że taka argumentacja przenosi część ciężaru odpowiedzialności poza instytucję, w której duchowny funkcjonował.

Odpowiedzialność aparatu bezpieczeństwa PRL – jeśli rzeczywiście posiadał wiedzę o krzywdzeniu dzieci i świadomie ją ukrywał – powinna zostać oceniona jednoznacznie negatywnie. Państwowa służba, która wykorzystuje informacje o krzywdzie dziecka jako materiał do szantażowania informatora, działa w sposób moralnie odrażający.

Nie oznacza to jednak automatycznie zwolnienia Kościoła z pytania o własne mechanizmy kontroli.

Instytucja religijna nie może budować moralnego autorytetu, domagać się szczególnego miejsca w państwie i społeczeństwie, a następnie – kiedy pojawia się problem odpowiedzialności za działania jej przedstawiciela – sprowadzać własną rolę do tego, że ktoś z zewnątrz powinien był ją wcześniej ostrzec.

Szymik: jeśli chcą rozliczać państwo, niech zrobią to osobno

Janusz Szymik obawia się, że włączenie Skarbu Państwa może znacząco przedłużyć postępowanie i oznaczać dla niego kolejne obciążenie emocjonalne.

Jego stanowisko jest proste: jeżeli Archidiecezja Krakowska uważa, że państwo również ponosi odpowiedzialność za działalność Wodniaka, może dochodzić swoich racji w odrębnym postępowaniu.

Wcześniej strona kościelna miała próbować doprowadzić do przypozwania samego Jana Wodniaka. Sąd nie uwzględnił tego wniosku, wskazując, że dodatkowego pozwanego może wskazać strona dochodząca odszkodowania.

Pełnomocnik Szymika, adwokat Jarosław Głuchowski, zwraca uwagę, że archidiecezja od początku procesu miała wiedzieć o dokumentacji SB dotyczącej duchownego oraz o pseudonimie „Janek”.

Dlatego obecny ruch ocenia jako próbę przedłużania postępowania i obstrukcję procesową.

Głuchowski krytycznie ocenia również postawę władz archidiecezji oraz kard. Grzegorza Rysia, wskazując, że sposób prowadzenia obrony instytucji odbywa się kosztem człowieka skrzywdzonego w dzieciństwie.

Co wiedziała kościelna hierarchia?

Jednym z najważniejszych pytań procesu pozostaje zakres wiedzy kościelnych przełożonych.

Przed zmianami administracyjnymi w strukturach Kościoła parafia w Międzybrodziu Bialskim podlegała diecezji krakowskiej.

Sąd chce ustalić, jakie informacje docierały do hierarchów i kiedy mogli się o nich dowiedzieć.

Właśnie dlatego kard. Stanisław Dziwisz został już dwukrotnie wezwany na świadka.

Były metropolita krakowski nie pojawił się jednak dotychczas na rozprawie, powołując się na stan zdrowia. Poprosił również sąd, aby z tego powodu nie wzywano go ponownie.

Jest tymczasem jednym z istotnych świadków, ponieważ postępowanie dotyczy również tego, co i kiedy mogła wiedzieć kościelna hierarchia w Krakowie.

Szymik informował arcybiskupa już w 1992 roku

Szczególnie istotny jest jeszcze jeden element tej historii.

Janusz Szymik dwukrotnie poinformował o swoich doświadczeniach abp. Tadeusza Rakoczego, będącego przełożonym duchownego.

Pierwszy raz zrobił to w 1992 roku. Był to rok, w którym papież wydzielił z archidiecezji krakowskiej diecezję bielsko-żywiecką, a na jej czele stanął właśnie Tadeusz Rakoczy.

Drugi raz Szymik zwrócił się do hierarchy w 2007 roku.

Według jego relacji odpowiedzią hierarchy była deklaracja modlitwy.

Ta scena ma znaczenie symboliczne. Pokazuje jeden z podstawowych problemów instytucji religijnych: modlitwa nie może zastępować procedur, odpowiedzialności, ochrony dziecka ani zawiadomienia właściwych organów.

Jeżeli człowiek zgłasza krzywdę, odpowiedzią instytucji nie powinien być religijny rytuał, lecz konkretne działanie.

List ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego

Nieżyjący już ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski twierdził, że w 2012 roku wysłał do ówczesnego metropolity krakowskiego kard. Stanisława Dziwisza list dotyczący zachowań Jana Wodniaka.

Jako dowód przedstawiał kopię dokumentacji, która miała zostać przesłana na Franciszkańską.

Kard. Dziwisz zaprzecza jednak, aby posiadał wiedzę dotyczącą tej sprawy.

Pod koniec czerwca przekazał sądowi pismo, w którym wskazał, że od 1978 do 2004 roku przebywał w Rzymie, dlatego – według jego stanowiska – nie posiada wiedzy istotnej dla postępowania.

Sąd chce przesłuchać kardynała

Rzecznik Sądu Okręgowego w Krakowie do spraw cywilnych, sędzia Zbigniew Zgud, poinformował, że kard. Dziwisz powoływał się na wiek, stan zdrowia i zalecenia lekarzy. Według hierarchy udział w stresujących czynnościach procesowych jest dla niego problemem.

Sąd zażądał więc przedstawienia zaświadczenia od lekarza sądowego.

Na jego dostarczenie wyznaczono 14 dni. W przypadku niewykazania przeszkód zdrowotnych sąd może potraktować nieobecność jako nieusprawiedliwioną.

Możliwe konsekwencje to grzywna, a nawet zarządzenie przymusowego doprowadzenia świadka przez policję.

Jeżeli natomiast dokumentacja medyczna potwierdzi, że kardynał rzeczywiście nie jest w stanie pojawić się w sądzie, możliwe będzie jego przesłuchanie w miejscu zamieszkania.

Do sądu trafiło już zaświadczenie opisujące dolegliwości hierarchy mające uniemożliwiać mu osobiste stawiennictwo.

Watykan czy Poronin?

Prowadząca sprawę sędzia Monika Szczepaniec-Czech miała jednak zwrócić uwagę na okoliczności wymagające dodatkowego wyjaśnienia.

Kardynał, za pośrednictwem swoich prawników, tłumaczył bowiem nieobecność na rozprawie 15 lipca między innymi tym, że pierwszy miesiąc wakacji miał spędzać w Watykanie.

Pojawiło się więc oczywiste pytanie: jak pogodzić stan zdrowia uniemożliwiający pojawienie się przed sądem z możliwością odbywania dalekich podróży?

Sąd miał w związku z tym zwrócić się do lekarza sądowego o dodatkowe wyjaśnienia.

Jak przekazał sędzia Zbigniew Zgud, nieobecność kardynała podczas rozprawy 22 czerwca została usprawiedliwiona.

W przypadku rozprawy z 15 lipca decyzja nie została jeszcze podjęta. Sąd może zastosować konsekwencje dopiero wtedy, gdy formalnie uzna niestawiennictwo świadka za nieusprawiedliwione.

Sprawa stała się jeszcze bardziej zastanawiająca po 22 lipca.

Tego dnia stan zdrowia pozwolił bowiem kard. Dziwiszowi przewodniczyć mszy odpustowej w Poroninie. Podczas spotkania z wiernymi mówił między innymi o pracowitości i potrzebie przekazywania tych wartości młodemu pokoleniu poprzez własny przykład.

Trudno nie dostrzec ironii sytuacji.

Publiczne wystąpienie religijne okazuje się możliwe, podczas gdy pojawienie się przed świeckim sądem budzi poważne problemy zdrowotne.

Ostatecznie to sąd, a nie opinia publiczna, oceni wiarygodność przedstawionych usprawiedliwień.

„Nogi już nie te”

Sam kard. Stanisław Dziwisz zapewniał, że nie zamierza unikać sądu. Wskazywał jednak na problemy z chodzeniem i konieczność dbania o zdrowie.

Podkreślał również swoją szczególną pozycję jako kardynała w Polsce i Kościele powszechnym oraz przypominał, że posiada watykański i polski paszport dyplomatyczny.

Tego rodzaju argumentacja może jednak budzić kontrowersje.

W świeckim państwie tytuł kościelny, pozycja w hierarchii ani watykański paszport dyplomatyczny nie powinny tworzyć symbolicznej bariery między świadkiem a sądem. Wobec prawa zasadnicze znaczenie powinny mieć fakty, a nie religijna ranga osoby wezwanej do złożenia zeznań.

Także w środowisku duchownych sprawa wywołuje dyskusje. Według relacji księży wśród katolików widoczny jest podział pokoleniowy. Starsi wierni częściej uważają, że ze względu na wiek kardynał powinien zostać potraktowany łagodniej. Młodszych ma oburzać sytuacja, którą postrzegają jako lekceważenie świeckiego wymiaru sprawiedliwości.

Trzecie wezwanie: 3 sierpnia

Sąd wyznaczył już trzeci termin przesłuchania kard. Stanisława Dziwisza – 3 sierpnia.

Nie wiadomo jeszcze, czy były metropolita krakowski pojawi się na rozprawie.

Kilka dni wcześniej kardynał przesłał do sądu kolejne pismo. Jego treść nie została na razie ujawniona, ponieważ w sprawach cywilnych sąd zasadniczo nie informuje o zawartości dokumentów składanych przez strony lub świadków przed ich ujawnieniem podczas publicznej rozprawy.

Najprawdopodobniej szczegóły poznamy 3 sierpnia. Wtedy też mogą zapaść decyzje dotyczące sposobu i terminu przesłuchania byłego metropolity.

Kiedy instytucja zaczyna szukać odpowiedzialności wszędzie poza sobą

Sprawa Janusza Szymika pokazuje problem znacznie większy niż odpowiedzialność jednego duchownego.

Jeżeli Służba Bezpieczeństwa rzeczywiście wiedziała o krzywdzeniu dzieci i świadomie nie reagowała, aby wykorzystywać Wodniaka jako informatora, byłby to przykład skrajnie cynicznego działania autorytarnego państwa. Bezpieczeństwo dziecka zostałoby podporządkowane interesowi aparatu władzy.

Ale dokładnie dlatego nie można zaakceptować prostego odwrócenia odpowiedzialności.

Winę aparatu PRL należy rozliczyć niezależnie od odpowiedzialności Kościoła. Jedna nie kasuje drugiej.

Kościół przez dziesięciolecia domagał się prawa do kształtowania moralności społeczeństwa, wpływał na politykę, edukację, seksualność, rodzinę i życie prywatne obywateli. Tym większa powinna być jego odpowiedzialność za ludzi działających pod ochroną sutanny i kościelnego autorytetu.

Szczególnie niepokojący jest model myślenia, w którym instytucja o ogromnej strukturze administracyjnej i ścisłej hierarchii próbuje przedstawiać siebie jako podmiot zależny od tego, czy komunistyczna policja polityczna poinformowała ją o zachowaniu własnego duchownego.

To również lekcja dotycząca niebezpieczeństwa instytucjonalnego autorytaryzmu. Zarówno aparat państwowy PRL, jak i zamknięta hierarchiczna struktura religijna mogły stawiać interes organizacji, jej wpływy i ochronę własnych struktur ponad interesem jednostki.

W centrum tej historii nie powinny znajdować się jednak SB, kościelne teczki, paszporty dyplomatyczne, pozycja kardynałów ani procesowe strategie prawników.

W centrum powinien pozostać Janusz Szymik – człowiek, który jako dziecko znalazł się pod opieką instytucji deklarującej szczególny mandat moralny, a dziś, po wielu latach, nadal musi walczyć o ustalenie odpowiedzialności za to, co go spotkało.

I właśnie tutaj religijna retoryka zderza się z najbardziej podstawowym testem moralności: nie z tym, co instytucja mówi o dobru, lecz z tym, jak zachowuje się wtedy, gdy przychodzi zapłacić cenę za własne zaniedbania.

Zakonnice z DPS w Jordanowie prawomocnie skazane. Rydzyk wcześniej nazywał je „wspaniałymi siostrami

© 2026 Antyteizm.pl by Agencja SEPSIS  |  Kadence WP  |  Polityka prywatności