Tajlandia: mnich, który musiał się rozebrać przed policją
W Tajlandii wybuchła kolejna religijna afera, która pokazuje, jak bardzo kruche potrafi być zaufanie do duchowych autorytetów. Tym razem w centrum skandalu znalazł się mnich Luang Phor Alongkot — znany z prowadzenia hospicjum dla osób z HIV/AIDS przy świątyni Wat Phra Bat Namphu w prowincji Lopburi.
Został zatrzymany pod ciężkimi zarzutami: defraudacji, zaniedbywania obowiązków i prania pieniędzy. Zgodnie z lokalnym prawem, zanim duchownemu postawi się zarzuty, musi on zostać „odcięty” od stanu zakonnego. Dlatego Alongkot był zmuszony zdjąć swoje szaty i dopiero wtedy trafił na przesłuchanie.
Zapewnia, że jest niewinny i „zaprzeczył wszystkim oskarżeniom”.
A cała sprawa wywołała w kraju ogromne poruszenie — i jeszcze bardziej nadszarpnęła reputację buddyjskich instytucji.
Co ciekawe, to nie pierwszy skandal w ostatnich miesiącach. Wcześniej głośno było o Wilawan Emsawat, „kobieta, która uwodziła, a potem szantażowała wysoko postawionych mnichów”.
Religijna moralność? W Tajlandii najwyraźniej działa tylko wtedy, gdy akurat komuś nie pęknie kręgosłup etyczny… albo budżet.