USA: duchowe rozgrzeszenie kontra świecka odpowiedzialność
W Stanach Zjednoczonych doszło do sprawy, która dla wielu stała się symbolem zderzenia religijnej narracji z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.
Robert Morris, założyciel megakościoła Gateway w Teksasie, przyznał się do wieloletnich, ciężkich nadużyć wobec osoby nieletniej. Mimo tego część jego zwolenników publicznie przekonuje, że nie powinien on realnie ponosić konsekwencji karnej.
Szczegóły sprawy
W czerwcu 2024 r. Cindy Clemishire poinformowała opinię publiczną, że w latach 80. była krzywdzona przez Roberta Morrisa przez 4,5 roku. Dramat miał się rozpocząć, gdy miała 12 lat. Jak relacjonowała, za każdym razem, gdy dochodziło do wyrządzania jej krzywdy, duchowny ostrzegał ją, by „nikomu nie mówić, bo wszystko zniszczy”.
Sprawa zakończyła się ugodą sądową, w wyniku której duchowny został skazany na 10 lat więzienia, jednak większość kary została zawieszona. Ostatecznie pastor będzie musiał spędzić w zakładzie karnym jedynie sześć miesięcy.
Reakcje zwolenników
Dla wielu obserwatorów sześć miesięcy to symboliczna sankcja. Tymczasem dla części sympatyków Morrisa to i tak „zbyt surowa kara”. W mediach oraz na forach internetowych pojawiają się komentarze, w których przekonują, że „sąd ziemski go ukarał, ale sąd boży już mu przebaczył”.
Absurd systemowy
Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której:
-
konkretne czyny zostają sprowadzone do „błędu z przeszłości”,
-
realna krzywda dziecka ginie pod warstwą religijnej retoryki,
-
a moralna odpowiedzialność zostaje przeniesiona z wymiaru sprawiedliwości do sfery wiary.
W „Świecie Religijnych Absurdów” to kolejny przykład, jak łatwo autorytet religijny bywa używany jako tarcza ochronna, a pojęcie przebaczenia — jako narzędzie unikania konsekwencji. Tu nie chodzi o wiarę. Chodzi o fakty, daty, osoby i wyroki, które nie powinny znikać pod hasłem duchowego rozgrzeszenia.
