USA. Katolicy w natarciu. FBI, polityka i religijna paranoja.
W Stanach Zjednoczonych trwa kolejny spektakl polityczno-religijnej histerii, w którym fakty ustępują miejsca narracjom, a państwowe instytucje stają się narzędziem ideologicznej vendetty. Po śmierci religijnego aktywisty Charliego Kirka ruszyła fala publicznego piętnowania osób, które po jego zgonie „nie płakały” wystarczająco głośno lub ośmieliły się go krytykować.
Atmosfera przypomina bardziej polowanie na czarownice niż państwo prawa. W tle pojawia się sugestia, że amerykańskie służby miały wcześniej „prześladować tradycyjnych katolików”, a teraz następuje rzekome „oczyszczanie” struktur FBI z ludzi uznanych za nielojalnych wobec nowej narracji.
W całej historii aktywny udział bierze wiceprezydent USA J.D. Vance, który wystąpił w podcaście zamordowanego aktywisty. Zamiast nawoływać do refleksji czy deeskalacji emocji, postanowił publicznie podgrzać atmosferę, zwracając się do krytyków Kirka słowami:
„Do diabła, zadzwońcie do ich pracodawcy…”
Trudno nie zauważyć, że to język rodem z podręcznika nacisku społecznego i zastraszania, a nie demokratycznej debaty. W tym samym podcaście Vance’owi towarzyszył Stephen Miller, zastępca szefa sztabu Donalda Trumpa, który zapowiedział użycie aparatu państwa w walce z domniemanymi wrogami ideologicznymi.
Miller ogłosił gotowość wykorzystania wszystkich dostępnych zasobów Departamentu Sprawiedliwości oraz Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego, aby:
„zidentyfikować, rozbić, zdemontować i zniszczyć”
— jak to określono — „wyimaginowane sieci terrorystyczne” odpowiedzialne za śmierć katoaktywistów.
W tej samej narracji pojawia się także nowy szef FBI, Kash Patel, który zapowiedział zwolnienie wszystkich agentów, którzy za prezydentury Bidena zajmowali się ściganiem religijnych fanatyków manipulujących faktami w sprawach aborcji lub środowisk LGBT. Problem w tym, że — jak zwykle w takich przypadkach — byli to funkcjonariusze wykonujący obowiązki służbowe i działający na podstawie prawa, a nie ideologicznego widzimisię.
Cała historia doskonale pokazuje, jak łatwo w demokracji zastąpić analizę faktów narracją o „prześladowaniach”, a realne instytucje państwowe podporządkować religijno-politycznym emocjom. Gdy aparat bezpieczeństwa zaczyna służyć ochronie światopoglądu zamiast obywateli, kończy się prawo, a zaczyna absurd — idealny materiał do kolejnego odcinka tej serii.
