Watykan: Kardynał, miliony i „proces stulecia”
Gdyby Kościół katolicki przyznawał Oscary za narracyjne akrobacje, sprawa kardynała Angelo Becciu już dawno dostałaby statuetkę za najlepszy dramat sądowy z elementami komedii omyłek.
W Watykanie ruszył właśnie proces apelacyjny duchownego skazanego na 5,5 roku więzienia za malwersacje finansowe. Sprawa dotyczy zarządzania funduszami Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, w tym głośnego zakupu luksusowej nieruchomości w Londynie, na której Watykan stracił około 139 milionów euro. Pieniądze pochodziły ze świętopietrza – czyli datków wiernych, teoretycznie przeznaczonych na cele charytatywne.
Już wcześniej postępowanie to okrzyknięto „procesem stulecia”. Teraz obrona twierdzi, że było ono manipulowane, a sam kardynał stał się ofiarą wewnętrznych rozgrywek.
Jak przekonują jego adwokaci, nie chodziło wyłącznie o ocenę faktów, lecz o spektakl, w którym duchowny miał zostać symbolicznie unicestwiony:
„nie tylko świadkowie (Francesca Chaouqui i Genoveffa Ciferri), ale i prokurator chcieli „pogrzebać” duchownego, wpływając na zeznania kluczowego świadka i stosując „różne sztuczki procesowe”.
Brzmi jak scenariusz serialu kryminalnego, tyle że w rolach głównych występują hierarchowie Kościoła, a budżet produkcji pochodzi z datków wiernych.
Obrona utrzymuje, że pierwszy proces był zmanipulowany. Z kolei druga strona przekonuje, że skazanie dotyczyło realnych nieprawidłowości finansowych, których skutkiem była ogromna strata pieniędzy.
Efekt? Klasyczny watykański paradoks: wszyscy mówią o moralności, a rozliczenia finansowe przypominają raczej giełdę nieruchomości w City niż instytucję duchową.
Sprawa znów budzi ogromne emocje. Jedni widzą w niej dowód na oczyszczanie Kościoła. Inni – kolejny przykład, że nawet „proces stulecia” nie musi prowadzić do prawdy, lecz jedynie do kolejnej rundy narracyjnej walki.
Bo w Watykanie, jak w teatrze, zawsze są trzy wersje wydarzeń: oficjalna, nieoficjalna… i ta, której nigdy nie poznamy.